Ruda, ty zachowujesz się, jakbyś co rano zażywała podwójną dawkę relanium – zwykł mawiać mój kolega, z którym razem pracowaliśmy w telewizji. W telewizji, zwłaszcza informacyjnej, czasem bywa nerwowo. Nawet bardzo. Wszystko ma być na już, a najlepiej na 10 minut temu. Nigdy jednak nie trzęsły mi się ręce ze stresu, nawet w najgorętszych momentach. Zawsze wychodziłam z założenia, że moje nerwy i tak w niczym nie pomogą: nie przyśpieszą wysyłki materiału, nie skrócą drogi do redakcji, nie sprawią, że coś czego nie ma, raptem się pojawi.

Inna sprawa, że to moje „wewnętrzne relanium” innych wyprowadza często z równowagi, ale nic nie poradzę – tak już mam, że…

nie denerwuję się, jeśli to nie jest sprawa życia lub zdrowia kogokolwiek.

Stłuczka – trudno, to tylko auto, od czegoś są serwisy. Ważne, że wszyscy cali.
Zgubione dokumenty – żeby to pierwszy raz. Dokumenty to dokumenty, zawsze można wyrobić nowe. Dowód mam już siódmy i jakoś żyję.
Przypalony obiad – jeśli da się zeskrobać spaleniznę, to jemy. Jeśli spalone na wiór, trzeba poczekać 30 min na pizzę.
Samochód stanął w mieście, bo zapomniałam zatankować – trzeba zepchnąć ze środka drogi (no tutaj silne ramie się przyda) a potem wezwać taksówkę, żeby dowiozła paliwo (z doświadczenia wiem, że to tańsze i szybsze rozwiązanie niż wzywanie taksówki, jazda na stację po paliwo i powrót do auta).
Przyjazd na lotnisko z bagażami, żeby dowiedzieć się, że pomyliłam terminy i lot jest za tydzień… – Nic to. Dobrze, że lot nie odbył się tydzień temu.

Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo.

Jestem mistrzynią przypadków wszelkich…

i gdybym miała denerwować się każdym, to byłabym strzępkiem nerwów. Swoją drogą inny mój kolega doszedł kiedyś do wniosku, że pierwszym testem jakiemu zostałam poddana w życiu, było danie mi rudych włosów – Bóg chciał sprawdzić jak sobie poradzę… jakoś sobie poradziłam, więc testuje mnie na każdym kroku :) Jak widać, tylko dystans może mnie uratować.

 

dsc03539

 

Gdzie zatem ta panika, skoro taka wyluzowana jestem?

A no okazało się, że są momenty, kiedy serce podchodzi mi do gardła, pocą się dłonie i aż mdli mnie ze stresu. Kiedy? Nie, nie wtedy gdy zatrzymuje mnie policja a ja przekroczyłam prędkość, mam telefon w ręku i zapomniałam dokumentów. Dzieje się to na przykład wtedy, kiedy…

Tosiek wchodzi na wysoką drabinkę.

Kiedy skacze po kanapie – jestem bliska zawału a gdy biegnie zbyt blisko ulicy, pojawia mi się pot na czole. Dodam, że moje dziecko należy do tych bardzo (bardzo, bardzo!!!) aktywnych, więc okazji do skoków ciśnienia mi nie brakuje.

Są tacy, którzy uważają, że jestem przewrażliwiona (a mój Mąż nawet hiperprzewrażliwiony) na punkcie Tośka. Słyszałam już, że panikujemy, że nie spuszczamy Małego z oczu, że to przesada pilnować dziecko nawet w zamkniętym ogródku. Może są dzieci, które siedzą bez ruchu tam, gdzie zostały posadzone, bawią się tylko tym co dostały od rodziców do ręki. Moje takie nie jest. Doskonale wiem, że potrafi zrobić sobie krzywdę, nawet w najmniej oczywistych okolicznościach, jak wtedy, gdy stojąc między mną a swoim tatą wybił sobie zęba uderzając o podłogę! Bawił się… balonem!

No chyba nie można bezpieczniej!

Innym razem włożył spinkę do kontaktu! Na szczęście wyskoczyły korki i Małemu nic się nie stało, ale stałam obok! Na chwilę odwróciłam się tyłem!

 

dsc03533
Co może się jeszcze wydarzyć? Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada mi, że wiele! O wiele więcej niż po zgubieniu dokumentów. Więcej niż wtedy, gdy zatrzyma mnie policja za przekroczenie prędkości.

Wniosek z tego jest taki, że denerwuję się tylko w sprawach najważniejszych a do takich należą m.in. tośkowe mleczaki!

Comments
Harvey Specter
Posted at 07:59 10 sierpnia 2014
PasjoMatka
Odpowiedz
Author

Jak ja to dobrze rozumiem. Mam dokładnie tak samo. Czasami mi się wydaje, że śfiruje ale później szybko wraca do mnie myśl – jestem matką, muszę w ten sposób. :) Pozdrawiam

Zostaw odpowiedź