Wakacje nadeszły, a wraz z nimi nasze kolejne podejście do gór. Jako fani wędrówek po górach mniejszych i większych, tym razem postanowiliśmy pokazać Tośkowi Tatry. Nie liczyłam wcale, że Młody zapała entuzjazmem już na sam widok szczytów rysujących się w oddali. On jednak zaczął ekscytować się bardziej niż zwykle i koniecznie tego samego dnia chciał iść w góry. Oczywiście tylko te wysokie, tam gdzie widzi śnieg!

Następnego dnia, z samego rana zorganizowaliśmy pierwszą wycieczkę. Skoro tak ciągnęło go w wysokie góry nie miałam co liczyć, że zadowoli się Gubałówką. Niestety okazało się, że wyciąg na Kasprowy, z którego mieliśmy pomaszerować dalej, jest nieczynny. Cóż było robić – pozostała Gubałówka. Mój, podekscytowany wizją górskich wędrówek, Syn znudził się już na samym wstępie.

„Mamo, to żadne góry, tu trawa rośnie!”

No tak, napatrzył się na skaliste szczyty, więc Gubałówka nie satysfakcjonowało go wcale. Po chwili marszu usłyszałam pierwsze „Nóżki mnie bolą”, a zaraz potem „Dalej nie dam rady, weź mnie na barana”.Chcąc wziąć go pod włos tłumaczyłam, że skoro nie ma siły na takim łatwym odcinku, to przecież nie możemy iść w wyższe góry, bo na pewno nie da rady. Moje dziecko szybko skwitowało:

„Nie mam siły chodzić po łące. Po górach bym miał!”

Jakież było moje zdziwienie, kiedy (mimo Tośkowych jęków) dotarliśmy do bardziej stromego odcinka, na którym leżało mnóstwo kamieni, a wspinaczkę utrudniały korzenie. Teo – jakby napił się soku z gumijagód, albo odkrył w sobie gen kozicy – popędził po kamieniach i korzeniach, aż nie mogłam za nim nadążyć.

„Mamo tu jest super! Będziemy się ścigać?”

sam_0027

Pot zalewał mi oczy i miałam kłopot ze złapaniem oddechu. Kiedy udało mi się coś powiedzieć zapytałam tylko: „Nóżki już Cię nie bolą?”

Usłyszałam:

„No przecież mówiłem, że bolą mnie na trawie. W górach mnie nic nie boli.”

I pognał dalej.

Cóż, wychodzi na to, że jak dziecko coś mówi, to wie co mówi. Nawet jak wydaje się, że musi być odwrotnie…

Skomentuj ten wpis.

Zostaw odpowiedź