Dziś będzie o dzieleniu. I wcale nie o matematykę tutaj chodzi (bo ta jest wyjątkowo obcą dla mnie dziedziną), a o dzielenie się tym, co mamy. Sama doskonale pamiętam, jak zawsze wpajano mi, że „trzeba się dzielić z innymi”. W domu byłam bezpieczna – szczęśliwie zostałam obdarzona rodzeństwem na tyle starszym, że nie wykazywali zainteresowania moimi zabawkami, słodyczy też nie podbierali (chyba..). Co innego w przedszkolu, tam dzielenie się było kwestią priorytetową! Ileż nieszczęść z tego dzielenia się wynikło… ile łez wylanych ukradkiem…

Doskonale pamiętam to przedszkolne poczucie niesprawiedliwości i rozczarowania, kiedy po okupionym niemałym wysiłkiem przegrzebaniu wielkiego pudła z zabawkami, udało mi się wreszcie wydobyć najładniejszą lalkę. Wtedy znikąd pojawiała się pani przedszkolanka i mówiła „Podziel się z koleżanką”.

Jak u licha podzielić się jedną lalką?

(z drugiej strony to tłumaczy, czemu tak wiele lalek nie ma rąk i nóg). Konieczność wspólnego bawienia się jedną lalką byłaby zrozumiała, gdyby to była jedyna zabawka w przedszkolu, ale nawet w latach 80-tych przedszkolne półki od nich się uginały.

Być może moje przedszkolne doświadczenia sprawiły, że dzisiaj nie powtarzam Tośkowi na każdym kroku, że ma się dzielić. Nie żebym chciała wychować go na egoistę i samoluba. Mały sam chętnie pożycza swoje zabawki innym i z własnej woli rozdaje smakołyki – nawet najmniejszą czekoladkę dzieli na tyle części, ilu chętnych jest akurat w okolicy. Rozumiem jednak, że są rzeczy, którymi dzielić się nie chce.

dsc08564

Jego ulubione zabawki są dla niego tak samo ważne i cenne, jak dla mnie mój telefon, też nie lubię gdy ktoś go dotyka.

Nie wszyscy jednak mają podobne poglądy. Osiedlowa piaskownica pełna jest zabawek „wspólnych”. Co chwilę ktoś dorzuca wiaderka, foremki czy auta, które z założenia mają służyć wszystkim dzieciom. Nikt ich nie zabiera do domu. Czasem jednak zabiera z rąk, tak jak dziewczynka, która zabrała Tośkowi z rąk auto. Zgodnie z tym czego go uczę poprosił, żeby mu oddała, bo się nim bawi. Obiecywał nawet, że jak skończy wyścig wokół piaskownicy to odda. Mała (jak to dziecko) niewiele zrobiła sobie z tej prośby. Liczyłam jednak, że siedzący z nią tata zareaguje… przeliczyłam się. Teo kilkukrotnie prosił dziewczynkę o zwrot i widziałam w jego wielkich oczach niezrozumienie sytuacji. Jak to? Przecież nie można zabierać innym zabawek? Był większy od „porywaczki auta” i bez problemu odebrałby jej łup, wie jednak, że nie używamy przemocy, więc był całkiem bezsilny.

Jasne, mogłam powiedzieć, żeby wziął inne auto, że przecież „trzeba się dzielić”, ale w imię czego?

dsc08558

Tata dziewczynki, pewnie uważał, że to nie problem. Widząc wielkie, smutne oczy Tośka zareagowałam grzecznie, bo co innego dzielić się z własnej woli, a co innego zabierać. Dzieciom jednak to drugie często argumentuje się pierwszym. A potem dziwimy się, dzieci histerią reagują, kiedy mają podzielić się czymś z innymi.

Skomentuj ten wpis.

Zostaw odpowiedź