Chciałaś wygadane dziecko, to teraz masz! Pozwalasz mu na zbyt wiele. Teodor jest rozpuszczony i za dużo dyskutuje. Dziecko powinno wiedzieć, że to rodzic ma zawsze rację. Takie zdania i wiele innych zdarzyło mi się usłyszeć chyba milion razy, odkąd Tosiek jest na świecie. W zasadzie wolne tłumaczenie mogłoby brzmieć: dziecko ma siedzieć cicho i wyrecytować wierszyk na zawołanie. Przedziałek powinno mieć z lewej strony i każde polecenie wykonywać w mgnieniu oka.

Bezwzględne posłuszeństwo dziecka
jest z pewnością wygodne dla rodziców,
ale czy jest dobre dla dziecka?

Teo mówi wiele i potrafi walczyć o swoje. Dyskutuje czasem jak „stary” a jeśli chce coś osiągnąć, potrafi dobierać trafne argumenty. Czy to źle? Moim zdaniem – cudownie. Bardzo mi zależy, żeby Mały potrafił walczyć o swoje, żeby forsował własne zdanie i osiągał to, czego chce. Jak bez tego ma spełniać marzenia?

Jak mam Go tego nauczyć, tresując do wiecznego posłuszeństwa? Oczywiście – byłoby mi znacznie wygodniej, gdyby nie dyskutował, tylko zawsze robił to, czego ja chcę. Jak łatwo byłoby realizować plan dnia, gdyby wszystko szło po mojej myśli… ech, rozmarzyłam się :)

SONY DSC

Żeby nie było – nie zgadzam się od razu na wszystko, czego Tosiek chce. Trenujemy się wzajemnie. On, każdego dnia podnosi mi poprzeczkę chwytają się coraz to nowszych metod „przekabacenia” mnie na swoje. Ja codziennie szukam nowych argumentów, żeby postawić na moim. Czasem jestem twarda i nie zmieniam zdania, innym razem ulegnę bo argumenty, po które sięgnie mój Syn będą bardzo przekonywujące.

Taki bezpieczny trening w domu
to dla Niego duża nauka.

Uczy się nie tylko jak rozmawiać, jak przekonywać, po jakie argumenty sięgać. Uczy się przede wszystkim, że warto się starać. Warto próbować osiągnąć cel różnymi sposobami. Jak się nie da drzwiami to oknem.

Sama byłam asertywnym dzieckiem (choć moja mama twierdzi, że zwyczajnie pyskatym – wtedy tak się to nazywało ;)). Nie raz, zwłaszcza w szkole, oberwałam po uszach za niedostosowywanie się. W domu toczyłam wieczne „dyskusjo-kłótnie” z mamą. Z mamą, więc grunt bezpieczny. Mimo, że nie zgadzałyśmy się niemal w każdej kwestii…

podskórnie czułam, że z mamą mogę dyskutować
– przecież nie przestanie mnie kochać.

I nie przestała :) Czasem przegrywałam z kretesem i kończyłam dyskusję we łzach w swoim pokoju, innym razem udawało mi się przekonać ją do mojego (jak wtedy, kiedy mimo stanowczego sprzeciwu kupiła mi glany – nie sądzę, żebym była w stanie ją przekonać do urody tych butów, raczej miała dość słuchania kolejnych argumentów).

Czas mojego buntu i niekończącego się forsowania własnych racji minął. Po co mi to wtedy było? Pewnie po to, żebym dzisiaj wiedziała, że warto próbować. Że nie wszystko jest dane raz na zawsze, że mam wpływ na to, co mnie otacza.

Tosiek już dzisiaj wie, że wiele może. Nie dlatego, że mu się na wszystko pozwala, ale dlatego, że może sam wiele rzeczy zrobić, załatwić.

SONY DSC

Wie, że warto próbować.

Jakiś czas temu byliśmy w cukierni. Mały uparł się, że chce marcepanową, ozdobną figurkę. Oboje z Mężem tłumaczyliśmy mu, że one nie są do jedzenia (oczywiście wiedzieliśmy, że są, ale nie chcieliśmy mu kupować, bo wiedzieliśmy, że jej nie zje). Tosiek zapytał, czy gdyby były jadalne to byśmy mu kupili – oczywiście, że tak, ale nie są – brzmiała nasza odpowiedź. Na co Mały odwrócił się na pięcie, podszedł do ekspedientki i zapytał czy figurki są do jedzenia. Pani oczywiście potwierdziła, że tak. Wyjęłam portfel i zapłaciłam. Oboje przyznaliśmy się do błędu.

Lubię przyznawać się do błędu w takich okolicznościach

PS. Marcepanowa biedronka była tak słodka, że poprzestał na głowie ;)

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Skomentuj ten wpis.

Zostaw odpowiedź