Sezon w pełni – na chorowanie. Czy nam się to podoba czy nie, zaczęło się: przeziębienia, katary, grypy, wirusy takie i owakie.

U nas – odkąd pojawiły się dzieci – scenariusz od lat ten sam, w dwóch wariantach:

Wariant 1

Nagła gorączka w nocy, dziecko w amoku, ale wszystko mija po podaniu leków przeciwgorączkowych (dzięki Bogu są w czopkach, bo innych rozgorączkowane dziecię do lat 4 stanowczo odmawia). Gorączka trwa 3 dni, mija jak ręką odjął. Czasami towarzyszy jej katarek, który też mija przepisowo, czyli po 7 dniach. Wizytę u lekarza zaliczamy bardziej pro forma, żeby się upewnić, że to typowa wirusówka.

Wariant 2

Malutki katarek, pokasływanie, wizyta u lekarza: „osłuchowo czysty”. Syropki, większy katarek, mocniejszy kaszelek, kolejna wizyta: szmery w oskrzelach, w cięższym przypadku zapalenie płuc. Odpowiednio do diagnozy inhalacje, antybiotyk. I tu zaczyna się horror. Dla rodziców i dla dziecka. Masakra totalna, gdyż dziecię ostentacyjnie odmawia zawiesin. Dopada mnie złość, bezradność, ale szczerze mówiąc, nie dziwię się, bo zawiesiny odrzucają już po zapachu.

Jestem zwolenniczką tłumaczenia,
ale jak tu wytłumaczyć roczniakowi czy dwulatkowi,
że to jest lekarstwo, że mu pomoże, że poczuje się lepiej?

Na nic zdaje się przemycanie zawiesiny w innych płynach czy pokarmach, a wlewanie siłą do gardziołka przyprawia o zawał serca. Tak, próbowaliśmy – nawet połknął, po czym, jak można było się spodziewać, oddał z nawiązką w postaci śniadanka. W związku z powyższym w obu przypadkach (czytaj: synkach) zaliczyliśmy już zastrzyki, nie obyło się bez RTG płuc i szpitala.

Dlaczego nie ma antybiotyków w czopkach?
A może są, ktoś widział?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z inhalacjami poszło sprawniej. Nebulizator kupiliśmy tuż po narodzinach pierwszego dziecka (wybraliśmy pingwina, żeby nieco łatwiej było maluszkowi się z nim oswoić) i służy nam co sezon już od 6 lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwsze inhalowanie wykonywał tata,
z którego silnych ramion synek nie miał szans ucieczki.

Był krzyk i niemal zgrzytanie zębów. Wszędobylskie rączki i wariujące nóżki. Jako mamie zwykle cierpliwie wyjaśniającej zjawiska świata, trudno było mi przestawić się na tryb: złapać gagatka, skrępować i nałożyć maseczkę z inhalacją. Ale co zrobić, jak mus to mus, przestraszona wizją szpitala dałam się przekonać. Poskutkowało i niniejszym potwierdzam: czasami trzeba coś zrobić na siłę. Przy drugiej inhalacji tata zwolnił uścisk, a przy trzeciej tylko asystował potomkowi.

pingwin4

Od czwartego w górę Jerzy, jak kiedyś jego brat Jonasz, zapragnął obsłużyć się sam, łącznie z włączeniem i wyłączeniem pingwinka.

Po wyczerpaniu płynu w zasobniku wołał:
jeszcze nie koniec, jeszcze trochę!
A maseczkę nazwał rakietą,
zapewne z uwagi na wydobywający się spod niej dymek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Syropki (podawane poza fazą gorączkowego amoku) chłopcy przyjmowali bez oporów. Nadaliśmy im specjalne nazwy, które niezmienne stosujemy. Tradycyjny syrop przeciwwirusowy to u nas „cytrynowy”, rozrzedzający wydzielinę „pomarańczowy”. Przeciwgorączkowe to „truskawkowe”, Calcium, czyli tzw. wapno to syropek „bananowy” (ten akurat nazwaliśmy zgodnie z jego smakiem), a inne dostępne bez recepty syropki wzmacniające odporność to u nas „malinowe” (pytanie czy wspomagacze odporności rzeczywiście spełniają swoje zadanie, ale to osobny temat).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czasami się krzywili, ale pili! A im starszy dzieciaczek – tym było lepiej. Chorobowy sezon w końcu mijał i wracaliśmy do formy.

Ten też minie, cierpliwości.
Tymczasem zdrówka życzę!

Skomentuj ten wpis.

Zostaw odpowiedź