Dzień jak co dzień. Wybiegam z biura prosto do windy, nerwowo wciskam przycisk z numerem -1, żeby zjechać na parking podziemny. Wrzucam (nie wkładam, wrzucam) do bagażnika komputer, torbę i dokumenty, których nie przejrzałam w pracy.
Wyjeżdżam z garażu z piskiem opon, włączam radio i na tablecie sprawdzam listę zakupów, które muszą zrobić w drodze do przedszkola. Listę robiłam stojąc w korku w drodze do pracy, nie miałam akurat długopisu stąd taka nowoczesna forma.

Jakoś częściej teraz człowiek ma w torebce
tablet i telefon niż zwykły długopis.

Podjeżdżam pod market, szczęśliwie mam miejsce prawie przy drzwiach. To będą błyskawiczne zakupy. Biegam z wózkiem między półkami, pakuję co trzeba, płacę kartą i już mnie nie ma. Jadę dalej. Jeszcze pół Poznania mam do przejechania więc, jak zawsze, dzwonię do mamy.

Jest pół godziny później niż zwykle, kiedy dzwonię (a dzwonię codziennie) więc mama odbiera słowami – dopiero teraz jedziesz po Tośka?

No tak, jeszcze na wstępie obrywa mi się,
że za późno dziecko z przedszkola odbieram…

więc zaczynam się tłumaczyć, że pracy dziś ogrom, że nowy klient i jeszcze awaria komputera. Że zakupy, bo w lodówce tylko światło, że serwis do zmywarki muszę wezwać bo rzęzi, że jeszcze po paliwo byłam bo kontrolka… i rozmawiam tak sobie rozpędzając się bez sensu od świateł do świateł, jakbym liczyła, że kolejne to już będą tylko zielone. Nie są.

Mama cierpliwie słucha moich dramatycznych opowieści o ciężkim życiu młodej matki i kiedy już mi się kończą powody do narzekania, mama postanawia postawić mnie do pionu robiąc krótkie porównanie.

Ja mam jedno dziecko. Ona miała troje.

Do pracy dojeżdżam 15km, Ona musiała jechać 25km.
Narzekam, że po paliwo musiałam skręcić… Ona jeździła do pracy PKS-em (na który musiała dojechać autobusem miejskim). Marudzę, że zmywarka szwankuje – Ona nie miała tego problemu, podobnie jak nie miała zmywarki. I pralki automatycznej. I telefonu komórkowego. I marketu po drodze.

Miała za to białego psa z długą sierścią (którego mój brat przyniósł do domu w Wigilię wiedząc, że tego dnia tata nie każe go oddać) i musiała codziennie odkurzać cały dom z białej sierści… Miała też wszystko poprasowane a nie czekające na prasowanie, jak u mnie. Codziennie był ugotowany obiad – ja czasem posiłkuję się pobliską restauracją.

Już jestem blisko przedszkola, żegnam się z mamą
i podsumowuję w głowie, która z nas miała lepiej.

Życie kiedyś było inne, czas płynął wolniej, mniej się pracowało. Nie było wszystkich „matkowspomagaczy” w postaci zmywarek, suszarek, komórek i zakupów online.

Pal licho te wszystkie sprzęty – pomagają, ale jak zmywarka, psują się czasem. Ja mam jednak coś, czego Mama nie miała – mam ją – nieocenione wsparcie praktyczne, bo zawsze mogę na nią liczyć. Zawsze się zjawi kiedy trzeba, jak wtedy, gdy wieczorem zadzwoniłam z płaczem „Mamoooo…. Tosiek znowu jest chory, ja mam jutro szkolenie a E. nie może urwać się z biura…”. Mama tylko zapytała o której muszę rano wyjść z domu, żeby zdążyć i godzine przed wyjściem stała w drzwiach. Z Tatą. I pączkami, bo to był tłusty czwartek. Dodam, że rodzice mieszkają 160km ode mnie.

Mama sprawdza się też, jako nieoceniona pomoc psychologiczna-telefoniczna, kiedy tak każdego dnia, stojąc w korku mogę sobie ponarzekać :)
I terapeutka – jak nikt, stawia do pionu. I zaraz wiem, że nie robię więcej niż inni, że nie mam ciężko. W najgorszym wypadku, mam normalnie :)

główne

Skomentuj ten wpis.

Zostaw odpowiedź

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>