Pisałam kiedyś, jak obciachowego mam Syna i jaka sama bywam obciachowa -> Tutaj. Okazało się, że do naszego wesołego towarzystwa dołączył także mój Mąż – czyli obciachowy ojciec.

Tworzymy wesołą, obciachową rodzinkę.

Historia jest krótka: Stoimy sobie w niedzielę na placu zabaw w parku. Słońce świeci, ludzi tłum! Dosłownie tłum! Do każdej zjeżdżalni, huśtawki czy karuzeli dzieciaki stały w kolejce! Jedni rodzice nie odstępowali maluchów na więcej niż 1,5 metra, inni obserwowali poczynania pociech z daleka. My – jako, że nasz Tosiek na tle parkowego towarzystwa był dość dorosły, staliśmy w bezpiecznej odległości. Nie za daleko (w razie jakby leciał z drabinki na głowę to dobiegniemy) i nie za blisko (no ma już chłopak 4 lata więc trochę swobody się należy).

dsc_1372

Teodor szybko zakumplował się z jednym chłopcem. Na oko równolatek, więc dogadywali się bez problemu. Karuzela, zjeżdżalnia, drabinki – wszędzie biegali razem, nawet nie oglądali się na dorosłych. Obok chłopca też nie kręcił się żaden nadopiekuńczy rodzic, aż…

Zaczęliśmy się zastanawiać, z kim on do tego parku przyszedł.

Kiedy zawołaliśmy Tośka na chwilę do siebie (mieliśmy w planie przenieść się gdzieś, gdzie kawę dają, ale ostatecznie postanowiliśmy nie psuć mu zabawy) towarzysz zabawy nagle zniknął. Teodor rozglądał się chwilę za kolegą, ale nie mógł go znaleźć, więc szybko zakumplował się z kimś innym (żeby dorośli tak umieli…).

f

Nam trochę nie dawało spokoju nagłe zniknięcie chłopca. Zwłaszcza, że wcześniej nie widzieliśmy żadnego opiekuna malucha. Stojąc na murku przy piaskownicy rozglądaliśmy się oboje po dużym placu zabaw, obserwowaliśmy też okoliczne alejki.

Dzieciaków tłum, ale tego chłopca nigdzie nie było.

Mąż: Może nam się tylko wydawało, że on tu był?
Ja: Że co? Że niby nie istniał? Całą trójką go sobie wymyśliliśmy?
M: No tak. Kilkulatek całkiem sam na placu zabaw i jeszcze, kiedy odwróciliśmy się na chwilę, to zniknął… Dziwne jakieś.
J: Może to duch… jest tu jakiś cmentarz w okolicy? – wkręcaliśmy sobie dalej. Podśmiewaliśmy się głupkowato, ale ton mieliśmy trochę niepewny.

DSC_1356

Nagle na odległej huśtawce zobaczyłam tośkowego kolegę. Bujał się sam.. całkiem sam.

J: Zobacz jest tam! – Pokazałam mężowi uradowana, że chłopiec jednak istnieje.
M: Uff… już myślałem, że coś z nami nie tak.
J: Ale  i tak to jakieś dziwne. Taki mały chłopiec zupełnie bez opieki. Może zapomnieli o nim? Tyle teraz mówi się o patologicznych rodzinach. Może rodzice leżą na którejś ławce pijani… Jacy ludzie są nieodpowiedzialni. Może trzeba go zapytać gdzie są opiekunowie?
M: Zobacz, ktoś do niego podchodzi. Tylko czy to na pewno jego tata?
J: A jeśli to pedofil? Może trzeba jakoś zareagować?

Już chciałam wysyłać męża na odsiecz,
już szukałam telefonu, żeby dokumentować dziwną sytuację…

W tym momencie chłopiec zeskoczył z huśtawki, złapał „obcego” za rękę i razem, uśmiechnięci przyszli do mamy, która cały czas stała… obok nas – bardzo blisko nas. Nie miała prawa nie słyszeć.

Mój mąż miał czapkę z daszkiem i ma spory zarost – jak się ogoli, będzie nie do poznania. Ale co ja mam zrobić, to zupełnie nie wiem…

dsc_1363

Comments

Zostaw odpowiedź

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>