Kilka lat temu zachorowałam. Dość poważnie. Kiedy Tosiek miał dwa miesiące dowiedziałam się (notabene trzymając go na rękach), że mam raka. Nie będę rozwodzić się w tym miejscu nad moim stanem emocjonalnym w tamtej chwili, ani w kilku kolejnych tygodniach – było, minęło.

Najpierw ugięły mi się nogi.

Potem wyobraziłam sobie wszystkie możliwe scenariusze z osieroceniem dziecka włącznie, a zaraz potem umówiłam się na wizytę do lekarza.

Nowotwór złośliwy, rak, dziadostwo – jak kto woli – na miejsce osiedlenia wybrało sobie moją tarczycę. Zalecenie lekarzy było krótkie – wycinamy!
To wycinajmy, nie mam w zwyczaju trzymać czegoś co mi wadzi, tym bardziej czegoś co ma mi szkodzić.

Tarczycę wycięto, pożegnałam ją bez żalu, w szpitalu odwiedzali mnie Mąż, Mama i 4-miesięczny Teo. Rana na szyi szybko się zagoiła i moje życie nie zmieniło się niemal wcale.
Jedyną nowością była karteczka, którą nakleiłam na lodówce.

Napisałam na niej:
„nie jedz, nie pij, weź tabletkę”.

A na ekspresie do kawy leżało odtąd pudełko tabletek, które teraz muszę łykać codziennie na czczo.

Nie przytyłam, nie schudłam, nie wypadły mi włosy, nie wyrosły mi wąsy… w zasadzie żadne z gróźb usłyszanych od „zatroskanych” i „życzliwych” się nie spełniły. Uff…

Po jakimś czasie, planowo trafiłam na oddział medycyny nuklearnej (tak, wiem jak to brzmi), potem jeszcze raz i jeszcze raz. Wiedziałam, że w tym czasie nie powinnam decydować się na powiększanie rodziny, bo dawki jodu radioaktywnego jakie mi podawano, byłyby groźne dla maleństwa.
Ok, cierpliwie czekałam. W zasadzie nie spieszyło mi się wcale.

Kiedy po 3 latach od operacji usłyszałam – jest pani wolna, następna kontrola na oddziale za 3 lata… zaczęłam się zastanawiać co dalej.

1368707_65853478

Nie czytam forów dla internautów.

Wiedzę na temat mojej choroby/niechoroby
czerpałam od lekarzy… na całe szczęście!

Gdybym jednak pokusiła się o wertowanie internetowych stron pełnych wiedzy „ludowej” pewnie nigdy nie zdecydowałabym się na powiększenie rodziny. Niedorozwój intelektualny to tylko jedna ze strasznych rzeczy, jakie zdaniem wszystkowiedzących Internautek, grożą mojemu dziecku. Przestrzegam też przez poradami z gazet – pracowałam w mediach i wiem, że często autorka porad jest jedna, a teksty pisze z zakresu medycyny, ekonomii, feng-shui i wszystkie one mają moc sprawczą horoskopów.

Reasumując – tarczyca to podstępny gruczoł, który produkuje jednak bardzo potrzebne hormony – potrzebne i mi, i mojemu dziecku. Moja co prawda rozstała się ze mną, więc owe hormony dostarczają mi tabletki. Zarówno nadczynność, jak i niedoczynność tarczycy mogą być groźne, dlatego trzeba (i tu odkrycie!) … trzeba się badać!

Brak tarczycy nie musi być przeszkodą w rodzeniu dzieci. Słyszałam jednak przypadki, że dziewczyny, którym lekarze sugerują usunięcie tego gruczołu z powodu np. guzów, nie chcą decydować się na operację, bo boją się, że bez tarczycy nie będą mogły mieć dzieci, lub urodzą chore.

Jestem w ciąży.
Wszystkie wyniki mam książkowe.

Badam się regularnie u ginekologa i endokrynologa.
Biorę leki.
Tarczycy nie mam.
Nie tęsknie.

969796_19449969

Skomentuj ten wpis.

Zostaw odpowiedź

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>