Przeczytałam ostatnio tekst na temat bardzo trudnych początków macierzyństwa, kiedy okazuje się, że wyczekane dziecko jest chore.
Moje nie jest. Zupełnie nie. Ale także mam za sobą chwile grozy. Skoro Tosiek nie jest chory to czemu się stresowałaś zapytacie. Ano temu, że lekarze na których trafiłam zaraz po narodzeniu Małego (nie wszyscy rzecz jasna) niewiele wiedzieli o empatii i delikatności.

Wyobraźcie sobie – szpital, ja po cesarce, Małego jeszcze nie widziałam na oczy, w duchu marze tylko o tym, że za 3-4 dni będziemy razem w domu…

Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.

Mija 5 dni a ja wiem tylko tyle, że moje dziecko ma „jakieś bakterie” i trzeba go jeszcze przebadać. Później dowiaduję się jeszcze, że pani doktor „nie podobają się jego odruchy”, słyszę też, że „to może być problem neurologiczny”.

Po tygodniu siedzę z dzieckiem sama w sali. Trzymam na rękach to moje 3 kg szczęścia z wenflonem w głowie, gdy nagle wchodzi pani doktor… Ani „dzień dobry”, ani „jak się pani czuje” – pani doktor z ręką na klamce, gotowa to opuszczenia sali zaraz po wygłoszeniu krótkiego monologu mówi tak:

„Pani dziecko ma wrodzoną wadę nerki.
Niezbędna będzie interwencja chirurgiczna”.

Fakt, zatkało mnie. Moje „Ale jak to?”, „Jaka wada?”, „Jaka interwencja?” nie brzmiały pewnie zbyt mądrze, lekarzem też nie jestem, więc i fachowe słownictwo z moich ust nie popłynęło. Popłynęły za to z oczu łzy, bo z ust pani doktor nie padło słowo wyjaśnienia…

resize_p250910_15.21

Potem wcale nie było lepiej. Wierzcie lub nie – jestem dociekliwa, nie mam lęku przed białym fartuchem i potrafię łączyć fakty – za nic jednak nie mogłam od tej kobiety dowiedzieć się co jest mojemu dziecku.

Miałam wrażenie, że specjalnie udziela mi odpowiedzi wymijających bo… nie jestem lekarzem. No nie byłam i nie jestem. Niemniej jednak, rozumiem na ogół co się do mnie mówi. Rozumiem co mówi mechanik samochodowy (do pewnego stopnia), co mówi hydraulik (w zakresie, który rozumieć muszę) i słowa lekarzy też najczęściej potrafię przyswoić. Tej lekarki jednak nie mogłam zrozumieć za nic. Tej jednej, która akurat zajmowała się MOIM DZIECKIEM! Na dodatek, która zdiagnozowała u niego „wadę nerki wymagającą interwencji chirurgicznej”.

Minęły 4 lata…

Teodor nie ma żadnej wady nerki. Nie było żadnej interwencji. Były bakterie, które zwalczyliśmy antybiotykiem przez dwa tygodnie w szpitalu.

I o czym ten tekst zapytacie?

A no o empatię tu chodzi.

Słowo, zdaje się, zapomniane przez panią doktor, na którą trafiłam w szpitalu. Z opowieści wiem, że nie tylko ja trafiłam na takiego lekarza. Fachowiec podobno z niej świetny i chwała jej za to. To przecież główne jej zadanie – leczyć maluszki. Jeśli miałabym wybierać czy ma być miła, czy skuteczna – oczywiście wybrałabym to drugie… ale, czy naprawdę to nie może iść w parze?

Czy otumaniona nową sytuacją mama, nie może być potraktowana jak człowiek, tylko jak

niechciany załącznik do małego pacjenta?

Ja miałam siłę, upór i znałam swoje prawa, więc szybko dowiedziałam się, co podejrzewają u mojego dziecka. Mam też znajomych lekarzy, którzy szybko wyjaśnili mi, na czym rzecz polega.
Nie dziwię się jednak rodzicom, którzy w poszukiwaniu wiedzy zwracają się do doktora googla, bo lekarz w szpitalu czy przychodni ich „olał”.

P.S. A może studenci medycyny mogliby mieć jeden malutki, dodatkowy przedmiot na studiach? „Jak rozmawiać z pacjentem”

Comments
Harvey Specter
Posted at 16:02 20 sierpnia 2014
Kamila
Odpowiedz
Author

Rozumiem Cię doskonale,bo sama jestem lekarzem i matką zarazem.W szpitalu,w którym leżałam z małą też trafiłam na takich niegadatliwych lekarzy.I choć sama znam się na medycynie,to jednak są rzeczy,których nie wiem albo nie mam pewności-to pytam.Ale ja wiem,że mam prawo,więc drążę.Ale tak jak piszesz,wiele kobiet nie wie i poszukują odpowiedzi gdzie popadnie.Przyznam,że nie lubię takich zachowań u swoich kolegów i zawsze tłumaczę matkom,co dolegach ich dzieciom.One tego nie wiedzą i moim obowiązkiem jest je uspokoić.Co do uczenia studentów medycyny rozmowy z pacjentem,wiele się zmienia.Co raz więcej mówi się o tym na studiach,organizuje kursy.Ale to kropla w morzu potrzeb.Minie parę lat zanim coś się zmieni.Ja na całe szczęście miałam dobry autorytet-moja babcia też jest pediatrą i cały czas mi powtarza,że pacjent jest najważniejszy.Szkoda,że wielu z nas o tym zapomina.

Zostaw odpowiedź

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>